DCIM118GOPROGOPR3249.JPG

Wiele osób, z którymi rozmawiałem, gdy usłyszeli, że chce pojechać i zwiedzić Ukrainę, mówili, że jestem szalony, bo tam jest teraz wojna. “Zabiją Cię!”. Gdy dowiedzieli się, że chce pojechać zobaczyć Czarnobyl, wielu wieszało na mnie krzyżyki lub mówili, że wrócę świecąc (dobrze, że Babcia nie wiedziała, gdzie jadę). To prawda, trwa wojna na Ukrainie, w obwodzie Ługańskim czyli jakieś 800 km od Kijowa oraz ponad 1300 od Lwowa. Widać w obu tych miastach, że dzieje się coś złego w tym kraju, widać żołnierzy na ulicach, plakaty, w telewizji też pojawiają się relacje z tamtego regionu. Co nie zmienia faktu, że Ukrainę warto odwiedzić i przekonać się, że większość z nas mylnie sądzi, że kraj ten jest zacofany, biedny i nie ma nic do zaoferowania.

Epilog

Dawno dawno temu, czyli 26.04.1986, za górami, za lasami, polami i dołami, tam gdzie najwięcej dziewcząt jest na świecie, czyli na dzisiejszej Ukrainie,  istniało miasto Prypeć. Okolica ta znana jest z wybuchu reaktora numer 4 elektrowni jądrowej w Czarnobylu znajdującego się w tym momencie na terytorium Ukrainy, a wtedy w granicach ZSRR. Jest to daleko od Lublina,w którym mieszkam, a jeszcze dalej od Warszawy. Normalnie z Lublina jedzie się jakieś 5 godzin autobusem do Lwowa i jakieś 7 kolejnych pociągiem z Lwowa do Kijowa, a potem jeszcze 1,5 godziny jazdy autobusem, ale nie w tym przypadku. Od czerwca istnieją już bezpośrednie loty z Polski do Kijowa, wystarczy wsiąść do biało-różowo-fioletowego samolotu węgierskiej taniej linii lotniczej.

Rozdział 1 i zarazem ostatni

Wszystko zaczęło się jakoś 2 tygodnie przed rozpoczęciem wyprawy. Wtedy to padł pomysł, by spędzić weekend na dalekiej Ukrainie i wydać miliony monet, by zobaczyć jak wyglądają w tym momencie opuszczone miasta oraz by sprawdzić czy po wizycie w Czarnobylu, wrócisz świecąc, jak mówili znajomi.

We czwórkę, czyli ja i 3 moich znajomych, zaczęliśmy od podróży z Lublina do Lwowa – miało być szybko łatwo i przyjemnie. A już w Lublinie mieliśmy opóźnienie 1,5 godziny, czekając na ukraiński autobus. Ok, był to nocny przejazd w planach było spanie przez 5 godzin z otwartą buzią i obudzenie się na granicy. Sprawdzenie paszportów i 1,5 godziny później mieliśmy być we Lwowie. Spaliśmy do granicy…potem staliśmy 4,5 godziny w kolejce, na sprawdzeniu paszportów i takich tam akcji naszej Straży Granicznej, ale udało się po 6 godzinach opóźnienia dotarliśmy do miasta Lwów.

We Lwowie byłem już parę razy, do tej pory miasto kojarzyło mi się głównie z Pyzatą Chatą (mniam), tanią wódką, tanim piwem, tanią kawą, tanią komunikacją, Operą z zewnątrz, ładną starówką, ładnymi dziewczynami, tanią wódką i tanim piwem. Na tym wyjeździe jak się okazało można wejść do Opery (!) oraz wejść na wieżę ratusza i zobaczyć Lwów z innej perspektywy. Późnym wieczorem mieliśmy nocny pociąg do Kijowa, więc mieliśmy dużo czasu, by zwiedzać, jeść, pić, wchodzić po stromych schodach na wieże ratusza, a po nieprzespanej nocy udało się nawet zdrzemnąć w parku pod Operą, gdzie według nas odbywały się szachowe mistrzostwa oldbojów lwowskich. Na sam koniec przed naszą podróżą do Kijowa, poszliśmy do znanej mi już restauracji na Starym Rynku, gdzie, aby Cię wpuścili, należy podać strażnikowi hasło. Na wejściu otrzymujesz kieliszek ukraińskiej wódki, Twoim kolejnym zadaniem jest znalezienie wolnego stolika w podziemiach tej restauracji. To bardzo znany lokal wśród ukraińskich mieszkańców, jak i turystów, dlatego nie jest to łatwe zadanie, chociaż lokal jest naprawdę duży. Jak to na Ukrainie, ceny są baaardzo przystępne, więc nie krępując się wcale, zamówiliśmy pierogi, kiełbasę, po piwku, ale koniecznie trzeba było też spróbować kilku rodzajów swojskich nalewek – w tym chrzanówki. Jak się okazało, w środku lokalu jest też patio, w którym znajduje się coś w rodzaju muzeum wojennego, a w nim m.in. działo przeciwlotnicze, na który można się wspiąć i zobaczyć panoramę Starego Miasta.

O 22:58 mieliśmy nocny pociąg do Kijowa. Czteroosobowe przedziały z łóżkami piętrowymi, miały zapewnić nam wygodny sen i przyjemną podróż… prawie tak było gdyby nie Pani Konduktor, która o 5 rano pukała do wszystkich drzwi budząc pasażerów, bo za półtorej godziny pociąg kończy bieg. Cała podróż pociągiem miała trwać około 7 godzin i tyle trwała.

Byliśmy ciekawi stolicy Ukrainy – Kijowa, o którym słyszałem, że jest zupełnie inne niż Lwów (bardziej nowoczesne), a także biorąc pod uwagę, że jeszcze jakieś 3 lata temu trwały tu niezłe walki z zielonymi ludzikami na Majdanie.

Po zakwaterowaniu w hostelu, poszliśmy na śniadanie do… Pyzatej Chaty, a potem zaczęliśmy nasze dłuuugie zwiedzanie. Zaczęło się od wspomnianego już Majdanu. Trudno powiedzieć czy to plac czy aleja, ale przestrzeń jest ogromna, szeroka ulica , duży Plac Niepodległości z wysoką kolumną na środku niego. Obok stoi budynek, który został prawie doszczętnie zniszczony podczas walk, w tym momencie zasłonięty jest banerem z napisem Freedom is Our Religion. Od Placu dzieliło nas tylko kilka minut drogi od drugiego co do najładniejszych ukraińskich piłkarskich stadionów jakiekolwiek widziałem – stadion Dynama Kijów. To tu swego czasu piłkę kopał Andrij Shevchenko i Siergiej Rebrov.

Dalej Krzysiek, czyli przez nas mianowany przewodnik, z racji tego, że jako jedyny przed wyjazdem przygotował się do zwiedzania miasta, prowadził nas pośród drzew na punkty widokowe, z których widać rzekę Dniepr i drugą część miasta.

Naszym głównym dzisiejszym celem była wizyta w Soborze Mądrości Bożej, czyli cerkiew wpisana na listę UNESCO. Dojście do tego miejsca nie było łatwe, ale w końcu się udało. Tam po raz kolejny (po wieży we Lwowie) musieliśmy pokonać tysiące schodów, ale widok wynagrodził ból stóp. Teren kompleksu świątynnego jest bardzo rozległy, a z wieży było to doskonale widać, jak i panoramę stolicy. Kolejnym punktem programu był widoczny z wieży duży pomnik Kobiety z mieczem i tarczą (Pomnik Matki Ojczyzny). Po drodze mijaliśmy pamiątkowe czołgi z obecnie trwającej wojny w obwodzie ługańskim. Znów zaskoczyła nas ogromna przestrzeń tego miasta.

Po kilkugodzinnym spacerze wróciliśmy do centrum Kijowa metrem. Tu znajduje się jedno z najgłębszych, jeśli nie najgłębsze metro na świecie, jedna ze stacji położona jest poniżej 100 metrów (czytaj około 5 minut jazdy schodami). Biorąc pod uwagę fakt, że następnego dnia, jechaliśmy na wycieczkę do Czarnobyla, która to była głównym powodem naszego przyjazdu na Ukrainę, wróciliśmy do hostelu by odpocząć. I tak minął dzień drugi.

Wycieczkę do Czarnobyla, zamówiliśmy przez internet około tydzień przed przyjazdem. W Kijowie znajduje się kilka biur, które organizują wyjazdy w to słynne miejsce. Ceny jednodniowej wycieczki zaczynają się od 80 amerykańskich dolarów za osobę, co, biorąc pod uwagę ceny na Ukrainie, to bardzo dużo. Natomiast jak mogliśmy się przekonać, na naszej wycieczce, przekrój narodowościowy turystów był bardzo bogaty – od Amerykanów, Hiszpanów, po Rumunów – ale o nich trochę później. Wiadomo, że turystyka to żyła złota i turysta zapłaci każdą cenę, by zobaczyć owiany złą sławą Czarnobyl, to też biura narzucają swoją cenę, a turysta i tak zapłaci by to zobaczyć. Jeszcze kilka lat temu był możliwy wjazd do Czarnobyla indywidualnie, natomiast w tym momencie jest to praktycznie niemożliwe, a jeżeli jest, to o wiele droższe niż wyjazd organizowany przez lokalne biuro podróży.

Dzień zaczął się od wczesnej pobudki i wyjazdu na miejsce zbiórki wycieczki Czarnobyl Tour. Po drodze zahaczyliśmy o McDonalda, gdzie zjedliśmy śniadanie. Nie był to najlepszy pomysł, ale nic więcej o tej porze nie było otwarte. Przyjechali nasi organizatorzy, sprawdzili paszporty, wpisalismy się na listę, kupiliśmy licznik Geigera, który mówił nam czy jesteśmy bardzo zagrożeni promieniowaniem, czy tylko trochę. Co ciekawe, na miejscu zbiórki, czyli w centrum Kijowa, licznik pokazywał 0,14 czegoś tam. Dlaczego o tym mówię? (Uwaga! Spoiler) Ponieważ w zdecydowanej większości na terytorium Zony w okolicach Czarnobyla, liczniki pokazywały od 0,11 do 0,19 – tak jest tam niebezpiecznie. Oprócz naszego autokaru, na miejscu zbiórki podstawiły się jeszcze dwa. Na oko, było tu około stu osób, co udowadnia popularność tej wycieczki wśród turystów (a był początek czerwca, żadnych wakacji, żadnego wysokiego sezonu turystycznego).

Wsiedliśmy do busa, wchodzi nasza przewodniczka…. VIKA ehhh, ahhh a i jeszcze jej ten ukraiński akcent w jej angielszczyźnie, niezapomniany. Można powiedzieć, że gdyby nie Pani Vika wyjazdy byłby nudny. Półtora godzinna jazda autobusem z historycznym filmem w tle. Film przedstawiał jak wyglądało życie przed wybuchem reaktora, co się działo w czasie wybuchu i kilka dni po. Dla osób takich jak ja, które wcześniej nie interesowały się tym tematem, film był bardzo dobrym wstępem do zwiedzania Czarnobyla. Dojeżdżając do tzw. Zony kazano nam się ubrać – żadnych krótkich koszulek i spodenek, bo będziemy świecić – mówili. W drodze do głównych punktów programu Reaktora numer 4 i opuszczonego miasta Prypeć, mieliśmy kilka postojów w przy opuszczonych wioskach, pozostawionych przez ich mieszkańców po wybuchu elektrowni. Część robiła wrażenie, część niekoniecznie. Widzieliśmy opuszczoną szkołę i bibliotekę. W cenie wycieczki był też lunch.  Później pojechaliśmy do tzw. Oka Moskwy (Duga), czyli ogromnej radiostacji ukrytej w czarnobylskich lasach. Radiostacja w czasach ZSRR miała za zadanie wykrywanie pocisków balistycznych, które ewentualnie miały przelecieć nad terytorium kraju.  Robiła wrażenie. Ponad 300 metrów długości i 150 metrów wysokości metalowej konstrukcji. Był czas na zdjęcia i historie naszej przewodniczki.

Na pokładzie autobusu było z nami kilkoro Rumunów. Serio, takich prawdziwych Rumunów z Rumunii, którzy wyglądali jak z teledysku O-Zone “Dragostea Din Tei”. Przez nich non stop mieliśmy opóźnienia. Gdy inni słuchali przewodniczki, oni  odłączali się od grupy, robili sobie zdjęcia pośród niczego, co w konsekwencji skutkowało brakiem czasu na zwiedzanie najważniejszych i najbardziej wyczekiwanych przez nas punktów wycieczki. W końcu dojechaliśmy do reaktora numer 4, tego słynnego od wybuchu, na który niecały rok temu założyli olbrzymi sarkofag, który miał ograniczyć stopień radiacji wokół niego. Chyba im się udało, bo w jego okolicach licznik pokazywał 0,89 stopni promieniowania, a przed założeniem tego sarkofagu było dużo dużo więcej.

Ostatnim punktem podróży było słynne miasto duchów, znanego m.in. z gier komputerowych. Faktycznie miasto opuszczone, oprócz nas i innych wycieczek nikogo nie było, ale równie dobrze widać było, że kiedyś było tu życie. Opuszczony hotel, bloki, kino, szpital, stadion, wesołe miasteczko, basen, szkoła, supermarket. W tym miejscu kończyły się nasze wolne megabajty na kartach SD w aparatach, telefonach i innych kamerach. Rozległy teren, tak naprawdę potrzeba całego dnia by zobaczyć to wszystko spokojnie, a my mieliśmy jakieś półtorej godziny (przez Rumunów!). Z ciekawostek: opuszczone wesołe miasteczko, czyli chyba najbardziej znane zdjęcia ukazujące Prypeć, nigdy nie zostało otwarte. Wielkie otwarcie przewidziano na 1 maja 1986 roku, czyli na cztery dni po wybuchu reaktora.

Tak oto zbliżała się nasza godzina 0, a de facto 18:00, czyli czas, w którym musieliśmy się wylogować na jednym z checkpointów. Żadne z nas nie zabrało ze sobą zbyt dużego promieniowania i mogliśmy wrócić w końcu do Kijowa, zjeść i znaleźć lokal odpowiedni na finał Ligi Mistrzów. Po powrocie na miejsce zostaliśmy mile zaskoczeni. Ulice Majdanu zostały zamknięte dla ruchu samochodowego. Na ulicach bawiło się tysiące mieszkańców, były tańce, śpiewy i kolorowe, grające fontanny. Staliśmy pośród tego zamieszania, oczy nam błyszczały (w sumie to naturalne, po wizycie w Czarnobylu), kręciliśmy się wokół siebie. Jeszcze rano chcieliśmy zdążyć na finał, ale w tym momencie nie było takiego ciśnienia. Biorąc po uwagę, że jeszcze 3 lata temu na tym kawałku ziemi, toczyła się prawie regularna wojna, wyglądało to niesamowicie.

W końcu jedno nasze pragnienie zwyciężyło, musieliśmy napić się piwa po tym ciężkim, ale udanym dniu. Znaleźliśmy bar przy głównej ulicy, z transmisją finału. Było jak chcieliśmy: piwo, mecz, a i na deser pyszna malinówka.

Wcześnie rano mieliśmy bezpośredni pociąg z Kijowa do Przemyśla. Chyba nikt nie spodziewał się takich luksusów w środku – fotele, podłokietniki, okna i darmowe Wi-Fi na całej trasie. Podróż minęła nam bardzo szybko, tak, jak mija normalnie 7 godzin. W Przemyślu znaleźliśmy chińską restaurację, w której był tylko  schabowy z ziemniakami i rosół. Najedzeni mogliśmy wrócić do domów.

Minęły już dwa miesiące odkąd wróciłem z wycieczki i piszę ten tekst. Nadal mam dwie ręce, dwie nogi i nie wyrosła mi żadna nadprogramowa kończyna, także nie bójcie się Czarnobyla! Więcej promieniowania otrzymujemy podczas  5 godzinnego lotu samolotem, niż po dniu spędzonym tam. Polecam wszystkim, i tym starszym, i “rocznikowi Czarnobyla”, i tym młodszym. Nie wiadomo jak długo jeszcze będzie można zobaczyć tę “atrakcję turystyczną”, nie wiadomo czy przypadkiem już niedługo Prypeć nie zacznie znów tętnić życiem.

___________________________________________________

Chcesz odczuć na własnej skórze przeżycia autora? Nic trudniejszego – zarezerwuj wyjazd poniżej!

0
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Jedzie.my
Do zobaczenia na wyjeździe...