2018 _ Tajlandia-Branecki-7107

Po licznych wycieczkach, rejsach, zachodach słońca i imprezach przychodzi czas na pożegnanie z Ao Nang. Spędziliśmy tu świetne chwile, dlatego naprawdę trudno było nam się wynieść z tej okolicy. Poranna godzina też nie pomagała w przenosinach, ale w końcu jesteśmy już zaprawieni w bojach!

Chwilę przed dziewiątą ruszyliśmy wygodnym, klimatyzowanym autokarem, który oczywiście mieliśmy tylko dla siebie, żeby odkrywać wschód Tajlandii. Następny przystanek – Koh Phangan! Zagłębiając się w tzw. „interior” mogliśmy obserwować powoli zmieniający się krajobraz. Nie będę ściemniał, że każdy rozanielony wpatrywał się w szyby, większość poszła spać. Niech żałują, bo było ekstra!

Sielanka i drzemki trwały w najlepsze, okazjonalnie przerywane drobnym deszczem, który akurat w trasie nikomu nie przeszkadzał. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na stacji, szybka toaleta, jakiś  grillowany kurczak na patyku i już mieliśmy odjeżdżać, gdy… kierowca oznajmił nam, że coś jest nie tak z lewą osią autokaru i właśnie załatwia nam nowy. Spodziewałem się nawet w najgorszym przypadku czekania do nocy, ale pobliska kawiarnia z wifi podtrzymywała nas na duchu. Byliśmy gotowi na wszystko!

Pierwszy przygotowania do kilkudniowego survivalu już zostały poczynione, gdy… nadjechał nasz wybawiciel! Okazało się, że czekaliśmy maksimum czterdzieści minut. Rozżaleni, że nie będzie kolejnej przygody zdjęliśmy nasze opaski rambo i załadowaliśmy się do podstawionego autokaru. Myśleliśmy, że w poprzednim było wygodnie, ale ten przyjechał piętrowy, obity skórami, a wnętrza były pełne typowo azjatyckich ozdób. Powinniście je zobaczyć w galerii poniżej, był klimat!

Podróż autokarem, która pierwotnie miała trwać cztery godziny, przez zawirowania z zamianą pojazdu trochę się przedłużyła. Wyszło na nasze, bo i tak w ostatniej chwili zdążyliśmy na nasz następny środek transportu. Wspominałem, że Koh Panghan jest wyspą? Dlatego odhaczamy kolejny, już chyba ostatni sposób podróżowania na Thaitripie, czyli prom!

Droga wodna zajęła nam dwie godziny, mieliśmy do wyboru siedzenia na zewnątrz z możliwością cieszenia oczu widokami albo miejsca w środku, w którym klimatyzacja pomagała odpocząć najwrażliwszym. Po porannym deszczu oczywiście nie było już żadnego śladu.

Po przeprawie pozostał nam ostatni etap drogi. Zapakowaliśmy bagaże na dach taksówek i ruszyliśmy w niedługą trasę do naszego hotelu. Na miejscu zastaliśmy ozdobiony czerwonymi kamieniami budynek położony bezpośrednio przy plaży. Pokoje nie były urządzone ze zbędnym przepychem, ale najważniejsze wyposażenie było. Szczególnie ucieszyłem się, że oprócz klimatyzacji w każdym pokoju są podwójne wiatraki skierowane prosto na łóżka. Wifi najlepiej działało oczywiście przy recepcji, ale części osób śmigało dobrze nawet w pokojach.

Tuż przy budynku zastaliśmy największy basen, jaki do tej pory mieliśmy w Tajlandii. Nie dość, że duży to jeszcze z najlepszym widokiem, bo idealnie na zachód słońca nad wybrzeżem! Pierwszego dnia postanowiłem podziwiać wieczorne widoki z hotelowej restauracji, której stoliki też niemal wchodzą na plażę. Obawiałem się cen na miejscu, ale tu także pad thai kosztuje około siedemdziesięciu bathów, a Chang (piwo 0,66 l) sześćdziesiąt bathów. W hotelu w cenie mamy również darmowy, godzinny masaż w pokoju, ale w zależności od wielkości grupy zazwyczaj działa zasada kto pierwszy ten lepszy.

Lokalny basen otwarty jest do 22, więc before przed imprezą urodzinową jednej z uczestniczek wyjazdu zrobiliśmy właśnie tam. Potem zabawa przeniosła się już na pobliską plażę, gdzie każdy rzucił się w wir klubowej zabawy w beach barach. Niby dzień tranzytowy, a jednak pełen wrażeń! Nie zmarnujemy ani godziny Thaitripa!

Jutro pojeździmy trochę po wyspie, opowiem Wam  jak wygląda okolica! Bez odbioru!

0
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Jedzie.my
Do zobaczenia na wyjeździe...