2018 _ Tajlandia-Branecki-6715 (1)

Wtorek w Tajlandii, czyli czas na kolejne przygody! W naszym trzygwiazdkowym hotelu dzień zaczęliśmy zupełnie jak w raju, zaspani schodząc na śniadanie. Okazało się iście królewskie. W przestronnej jadalni zastaliśmy bufet zastawiony posiłkami, wśród których każdy znalazł coś dla siebie. Od śniadania typowo europejskiego, jak płatki z mlekiem, twarożek czy tosty, przez stoły zastawione lokalnymi owocami i warzywami, aż do konkretniejszych zestawów na ciepło. Łącznie osiem wariacji na temat kurczaka, wieprzowiny i tofu z ryżem czy warzywami.

Obsługa uwijała się, żeby niczego nam nie brakowało. Były pyszne herbaty i kawy, chociaż niektórzy na start wybierali redbulla, który w mieście kosztuje złotówkę – a przecież pochodzi właśnie z tych okolic. Po takim śniadaniu aż się prosiło o kilka godzin leżenia nad naszym otwartym basenem z drinkiem i drobnymi przekąskami na dobitkę, które dostępne są obok, w hotelowej restauracji.

My jednak postanowiliśmy nie tracić ani chwili, w końcu program wycieczki jest naprawdę bogaty. Po śniadaniu przyjechały po nas busy, którymi – jak się okazało – dotrzemy do Smile Organic Farm, czyli tajskiej, ekologicznej szkoły gotowania. Zanim jednak to nastąpiło, zostaliśmy zabrani na lokalny targ, gdzie pokazano nam jak i w co zaopatrują się mieszkańcy Chiang Mai. Od tej pory wiedzieliśmy wszystko na temat rodzajów papryczek chilli, różnokolorowych curry, grzybów i owoców (moim ulubionym okazał się symbol regionu, czyli mangostan!).

Po dotarciu do znajdującej się w dżungli szkoły podzieliliśmy się na trzy zespoły. Do każdego z nich została przydzielona jedna instruktorka, która wypytała nas szczegółowo o wszelkie możliwe alergie pokarmowe i preferowane diety (wegetarianie i weganie mieli pełne możliwości korzystania z wycieczki). Dostaliśmy do wyboru menu składające się z dwudziestu dań, z którego każdy nauczy się aż sześciu.

Podczas gdy panie nazywane wróżkami kuchennymi zajęły się przygotowywaniem półproduktów, Lei, czyli nasza Magda Gessler, oprowadziła nas po swoim ogródku. Można tam spotkać większość roślin później przez nas używanych – najwięcej rosło bananowców, chilli i papai.

Taktyczne przerwy pomiędzy posiłkami, które w moim przypadku kończyły się szybką drzemką na leżaku pod drzewem liczi, ratowały nasze żołądki przed pęknięciem. Sześć godzin i osiem posiłków później nadszedł czas pożegnania. Na odchodne każdy dostał książkę z autorskimi przepisami naszej gospodyni i uroczą dedykacją na pierwszej stronie. W drodze powrotnej wstąpiliśmy na chwilę do gorących źródeł. Gdyby powietrze nie miało trzydziestu stopni, czulibyśmy się jak na Islandii!

Wieczorem pilot pokazał nam jeszcze jedno miejsce w Chiang Mai. Poprzedniego dnia Muai Thai zrobił furorę wśród panów, ale dziś to panie miały okazję wyszaleć się na… tajskim nocnym targu! Kupić tam można dosłownie wszystko – ubrania, elektronikę, przyprawy czy własnoręcznie robione pamiątki. W technikach negocjacji zostaliśmy prawdziwymi mistrzami.

Pamiętajcie jednak, że nie wszystko może wrócić z Wami do Polski. Żadne „naturalne lekarstwa” ze zwierząt, części rafy koralowej, ozdobne zapalniczki czy figurki Buddy nie przejdą kontroli na lotnisku.

Po powrocie do hotelu nie zostało mi nic innego jak odpalenie klimatyzacji, wskoczenie w wygodne kapcie hotelowe, wypicie drinka na balkonie i napisanie kolejnej relacji. Do wanny nie wskakiwałem, bo pewnie obudziłbym się rano.

Dobrze, że mamy tu dobre wifi, które można złapać i w mojej wannie, i na terenach dookoła hotelu. Nie wiem jak z powrotem przyzwyczaję się do jedzenia tylko pięciu posiłków dziennie. Tajska kuchnia póki co wygrywa wszystko!

Do jutra!

0
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Jedzie.my
Do zobaczenia na wyjeździe...