DSC_0498 (1)

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze nie miałem wąsa i kopałem piłkę, czyli dokładnie 5 sierpnia 2012 roku pierwszy raz postawiłem stopę na wyspie Lodu i Ognia, czyli Islandii. Spędziłem tam wtedy blisko 5 miesięcy. Było to 4 lata po wybuchu ekonomicznego kryzysu Islandii, 2 lata po słynnym wybuchu wulkanu Eyjafjalljakull oraz w czasie, gdy z Polski startowały jeden, góra dwa bezpośrednie samoloty na Islandię, a bilet w jedną stronę kosztował tyle, ile kosztują teraz bilety dla 5 osób w dwie strony.

Październik 2017

I tak oto, gdy trafiła się pula promocyjnych biletów lotniczych, padł pomysł, by wrócić na “stare śmieci”. Chcieliśmy zobaczyć miejsca, które widzieliśmy wtedy, sprawdzić, czy alkohol nadal jest taki drogi, spotkać naszych islandzkich znajomych, a także zobaczyć zorzę polarną. Styczeń, jeśli warunki atmosferyczne dopiszą (brak chmur, niska temperatura i silne wybuchy na Słońcu) to jeden z najlepszych miesięcy, by zobaczyć to zjawisko.

Bilety na wylot w styczniu kupiliśmy pod koniec października. Mieliśmy, więc czas, by odpowiednio się przygotować. Na Islandii byliśmy już w grudniu, więc mieliśmy jako takie pojęcie, co nas czeka (silny, zimny wiatr, mało światła dziennego – tylko ok. 6h, niskie temperatury, drogie jedzenie i alkohol). Jechaliśmy tylko z bagażem podręcznym, ale wszystko się zmieściło. Mieliśmy i kalesony, i zupki chińskie, i kabanosy, i ciepłą czapkę i rękawiczki, a w strefie wolnocłowej na lotnisku w Gdańsku zmieściło się też kilka butelek rozgrzewających trunków.

Styczeń 2018

Lot z Polski do Keflaviku, czyli międzynarodowego lotniska na Islandii trwał około 4 godzin,  więc jeszcze do przeżycia. Było całkiem spokojnie, z niedużym opóźnieniem, udało się nam wyjść z samolotu i dojechać do terminala. A tam pierwsze zaskoczenie, bo to nie było duże lotnisko, a teraz… idziemy, idziemy i idziemy. Trochę się rozbudowało. Idę odebrać wypożyczony wcześniej samochód, a tam, przy okienku… Polka. To pójdzie szybko pomyślałem. No i tak było. 2 podpisy i od razu odebraliśmy kluczyki do naszego czerwonego auta. Było już po 18:00, na dworze zimno i ciemno, a przed nami było jeszcze około 300 km trasy. Na szczęście kiedyś Amerykanie zbudowali tu drogę numer 1 (jedyną krajową na Islandii). Zrobiliśmy nawet małe zakupy w supermarkecie, by mieć co zjeść na i popić. Na Islandii ruch na drodze za stolicą jest nieduży, więc w czasie około 3h jazdy minęliśmy może z 15 samochodów… także wiało nudą. Wiał też wiatr. I to bardzo. Przed 23:00 dotarliśmy do naszych “luksusowych” domków na totalnym prawie zadupiu. Na szczęście mieliśmy kuchnię, łazienkę i łóżka, było też stosunkowo ciepło, więc mogliśmy się wziąć za zupki chińskie i butelki, ale też bez przesady, w końcu jeszcze przed świtem w planach mieliśmy wyjazd na lodowcowe jezioro Jokulsarlon.

Gdy byliśmy przy tym jeziorze we wrześniu 2012 roku, mieliśmy okazję pływać po nim małymi amfibiami pośród oderwanych fragmentów lodowca. Tym razem raczej nie spodziewaliśmy się takich atrakcji ze względu na niski sezon turystyczny oraz niskie temperatury, co zapewne doprowadziło do zamarznięcia tafli wody. I tak ostatecznie to wyglądało. Natomiast jeśli chodzi o ruch turystyczny… pierwszy raz byłem w szoku. Dojechaliśmy tam jeszcze przed wschodem słońca, na parkingu kilkadziesiąt samochodów, busy wycieczkowe… myślę WTF? styczeń? wcześnie rano? Skąd do diaska tu tyle turystów?! No nic. Wzięliśmy nasze dupska w kroki i ruszyliśmy w stronę jeziora. A tam fantastyczne kolory: błękit, niebieski, turkusowy, do tego powoli wschodzące słońce (byliśmy koło 10:00, pełen wschód w tym czasie jest około 11:00!). Mistrzostwo świata! Serio! Nasi znajomi, nie dowierzali, że kolor niebieski ze zdjęć naprawdę jest taki jak w rzeczywistości. Do tego pływające w jeziorze foki – widok jak z pocztówki. Gdyby tylko tych turystów z Chin było mniej… W tym miejscu spędziliśmy dobre półtorej godziny, ale czas nas naglił, bo tego dnia mieliśmy jeszcze zobaczyć wodospad i lodowiec, a dzień był przecież krótki. Do 17:00 musieliśmy zakończyć zwiedzanie. 


Kolejny punkt to Park Narodowy Skaftafell. Tam czekało nas kolejne niemiłe zaskoczenie… Przy wjeździe do Parku robią nam zdjęcie samochodu, na parkingu nie ma gdzie zaparkować, i na dodatek musimy zapłacić za ten parking. Co?! Jak?! Od kiedy parkingi na Islandii są płatne? – myślę. No nic, płacę. Dzieląc to na naszą 5 wychodzi piątak od łebka, więc przeżyjemy. Pierwszą atrakcją był wodospad Svartifoss. Nigdy wcześniej go nie widziałem, ale ze zdjęć wiedziałem, że warto go zobaczyć na własne oczy. Większość goooglowskich zdjęć wodospadu zrobionych jest latem, ale zima tam też wygląda obłędnie. Czekał nas około dwukilometrowy marsz, a po drodze jak zwykle mijaliśmy skośnookich turystów. Docieramy pod wodospad, tam dłuższa przerwa na sporą ilość zdjęć, a reszta zostaje nam w głowie. Niesamowity widok zamarzniętego wodospadu oraz całego obszaru obok, do tego bezchmurne niebo i słońce. Lepiej się chyba nie dało. Wracamy do samochodu po kabanosy i tym razem w drugą stronę marsz pod jęzor lodowca. Powoli zbliżamy się do błękitnej ściany lodu. Kilkaset metrów przed ścianą, mijamy zamarznięte strumienie i całe pola zamarzniętej wody. Ślisko jak cholera, ale ile radości. Im bliżej do jęzora tym było coraz bardziej ślisko. Stawaliśmy pewnie na kilkunastometrowym lodzie (sądzę to po widocznych szczelinach). Miałem śmieszny plan, że poliże językiem lodowiec, ale speniałem, że mi język przymarznie i będzie przypał. Liczą się chęci, tak ktoś kiedyś powiedział. Lodowiec robi wrażenie, jego ogrom i przestrzeń wokół. Niestety robiło się coraz później, więc zaczęliśmy wracać do samochodu i docelowo do naszych domków. Po drodze mały pitstop w Vinbudinie (jedynego sklepu z alkoholem na Islandii czynnym tylko do 18), by zakupić lokalny złoty trunek do wieczornego spaghetii z polską przemyconą kiełbasą. Tej nocy prognozy zapowiadały duże prawdopodobieństwo, że pojawi się zorza polarna. Siedzieliśmy w swojej chatce, co chwile spogladając za okna, czy jakaś zielona łuna nie pojawia się na niebie. Godziny mijały, a na niebie nic. Niestety, tego dnia w naszej okolicy zorzy nie zobaczyliśmy.

Kolejny dzień to wczesna pobudka i powrót do Reykjaviku i z kilkoma stopami na atrakcje. Pierwszy z nich to czarna, wulkaniczna plaża w okolicach miejscowości Vik. Zaplanowaliśmy wyjazd tak, by dotrzeć tam na wschód słońca. Udało nam się, co więcej ani trochę nie żałowaliśmy. Fale oceanu, czarna jak smoła plaża z wulkanicznych kamieni i żółto-czerwony kolor słońca. Brakowało tylko leżaków i piweczka, i oczywiście wyższej temperatury. Dalej jeszcze krótki postój przy klifach z widokiem na czarną plażę. Następnie zatrzymaliśmy się przy wraku opuszczonego samolotu. Jakież było moje zdziwienie, gdy zaparkowaliśmy się przy ogrodzonym, zastawionym przez kilkadziesiąt samochodów parkingu. Do samolotu prowadzi praktycznie wyznaczony w pustkowiu szlak do tej hipsterskiej niegdyś atrakcji turystycznej. Na parkingu znajduje się również wypożyczalnia rowerów typu fat bike – z grubymi oponami – tak by szybko przejechać po kamienistej drodze do wraku. Oczywiście w większości rowerami jeżdżą turyści z bardzo dalekiego wschodu. Szlak prowadzi przez totalne pustkowie i przez 40 minut marszu idziesz w stronę granicy horyzontu, aż to w końcu na środku znajduje się wrak samolotu. Tam robimy sobie zdjęcia i tą samą drogą wracamy do samochodu, bo jeszcze tego dnia inne wodospady przed nami.


Zaczynamy od Skorgafoss, zasilany wodami z lodowca Eyjafjalljokull. Niegdyś w okolicach znajdowało tu się pole kempingowe. Dziś? Hotele, sklepy z pamiątkami, parking dla autokarów… Na miejscu kilkadziesiąt samochodów, kilkanaście autokarów i setki ludzi. Na szczęście natura znów robi swoje i mimo biegających obok nas aparatów, podziwiamy imponujący wodospad, a potem po zbudowanej ścieżce składającej się z około 500 schodów wchodzimy, by podziwiać go z góry.


Ostatni przystanek to Seljandafoss, czyli wodospad, za którym latem można przejść. Zimą jest on zamarznięty, i nie jest to możliwe; Ale dzięki temu, ścieżka, która prowadzi za wodospad wygląda jak z jakiegoś lodowego zamku. Wodospad ten jest stosunkowo blisko od Reykjaviku, przez to wszystkie biura podróży mają go w programie jednodniowych wycieczek, w związku z tym jest tu bardzo dużo ludzi i …. płatny parking. Na szczęście mam w genach Polaka Janusza i zaparkowaliśmy 500 metrów dalej, by zobaczyć jeszcze jeden ukryty wodospad i po przejściu tej odległości raczyć się bez płacenia widokiem spadającej w zamarzniętym krajobrazie wody. Następnie dojechaliśmy do Reykjaviku, gdzie zatrzymaliśmy się u naszej dobrej polsko-islandzkiej znajomej, która bardzo nam pomogła w czasie naszego wcześniejszego pobytu na Islandii. Miło było spotkać się po latach, powspominać dobre czasy i dowiedzieć się, co nowego.

Kolejny dzień postanowiliśmy spędzić w Reykjaviku. Niestety centrum stało się placem budowy: w większości budują się nowe hotele i sklepy. Na Laugavegur, czyli islandzkich krupówkach, tłum jakiego doświadczyliśmy tylko jednego dnia – jak kiedyś przejeżdżała przez miasto cięzarówka coca-coli. Mimo tego połaziliśmy po centrum, zobaczyliśmy, co się zmieniło, zjedliśmy najsłynniejsze hot dogi na świecie, które niegdyś jadł Bill Clinton, Księżna Diana czy Łukasz Radzikowski w 2012 roku. Trafiliśmy również do nowo otwartego muzeum o życiu na Islandii oczami turystów oraz mieszkańców. Niestety po zobaczeniu cennika, skończyło się na rozmowie (chyba z pierwszym spotkanym do tej pory na IslandiI) Islandczykiem o tym, jak zmieniła się Islandia w ciągu ostatnich lat. Na koniec dnia, a nawet wieczoru, postanowiliśmy pojechać do kiedyś często odwiedzanych przez nas tradycyjnych islandzkich basenów. Tam kwitnie bujne, prawdziwe, islandzkie życie towarzyskie i na pewno nie tam spotkamy tłumów zorganizowanych turystów. W większości baseny znajdują się na zewnątrz i oferują wodę o temperaturze od 38 do 44 stopni. Te 44 to już dla wytrwałych, praktycznie cały czas bania z wodą o tej temperaturze była pusta, zupełnie inaczej jak ta z 38, gdzie non stop było w niej pełno ludzi. Przed wejściem do szatni na każdej ścianie widnieje regulamin, jak i gdzie dokładnie trzeba się umyć pod prysznicem. Jest to do tego stopnia pilnowane, że jak nie zdejmiesz kąpielówek pod prysznicem, islandczycy zwracają Ci uwagę ( kiedyś i mnie to spotkało ). Takie śmieszki małe. Baseny te to doskonała okazja, by się zrelaksować, a także stosunkowo niedroga zabawa. Tej nocy znów mogła pojawić się zorza polarna…. ale znów nie chciała.

Ostatni dzień w Reykjaviku stanął pod planem zrobienia tzw. Golden Circle – czyli 3 popularnych atrakcji w okolicach (do 120 km) Reykjaviku – Płyt tektonicznych, Gejzeru oraz Wodospadu Gullfoss. Od rana pogoda nam nie sprzyjała, wiał silny wiatr i było bardzo zimno, podobno nadszedł sztorm. Wyjechaliśmy wcześnie przed świtem. Droga była zawiana, bardzo trudne warunki do jazdy samochodem.
Pierwszy z punktów Thingvellir, czyli złączenie dwóch płyt tektonicznych oraz miejsca, gdzie w X wieku zebrał się pierwszy parlament. Jakież było moje zdziwienie (choć może po tych 3 dniach już nie), jak musieliśmy kolejny raz zapłacić za parking, na miejscu przed wschodem słońca było już kilkanaście autokarów i kilkadziesiąt samochodów. Droga wzdłuż płyt wyglądała jak ta w czasie Bożego Ciała nad Morskie Oko. Morze ludzi przetoczyło się wśród ścieżki, a jeszcze 5 lat temu pamiętam, jak byliśmy tak praktycznie sami… Byłem bardzo smutny z tego powodu. Na szczęście jak popatrzyłem w inną stronę, było ładnie.


Kolejny punkt na trasie Kręgu to Geysir. Szok! nie trzeba było płacić za parking, ale obok niego powstało wielkie centrum handlowo-restauracyjne, powstały i budują się nowe hotele. Ludzi tłum. Na miejscu jest jeden Gejzer, który co ileś tam minut wybucha. Dzięki temu można zaobserwować ciekawe zjawisko jak około 100 osób, trzyma w górze aparaty i telefony przez te minuty, by uchwycić to niecodzienne zjawisko. My wysłaliśmy do tej grupy dziewczyny, a sami z chłopakami chodziliśmy po tym obszarze geotermalnym.


Ostatnim i chyba najbardziej przeze mnie wyczekiwanych punktem dzisiejszego programu był wodospad. Wiatr wiał niesamowicie mocno. Było też mega zimno. Ciężko było wytrzymać długo na zewnątrz. Kilka prób zdjęć z wodospadem, dłuższa chwila zadumy nad siłą natury i szybki bieg do samochodu. Według nas wszystkich była to najciekawsza atrakcja dzisiejszego dnia.


Z powrotem wracając do stolicy, zatrzymaliśmy się przy hipsterskim kraterze wulkanu (pomyślało tak chyba jeszcze ze 100 osób i dwie wycieczki). Podobno latem krater robi wrażenie, natomiast zimą było tak sobie, szczególnie że pogoda nie była do zwiedzania. Mimo fatalnych warunków na drogach wróciliśmy do Reykjaviku. Nasz ostatni wieczór minął na wspólnym wypiciu islandzkiego piwka. I teraz pewnie część osób zastanawia się, jak smakuje islandzkie piwo to powiem tak: za taką cenę piwa w puszce głupio mi powiedzieć, że było niedobre.

Następny dzień to już powrót na lotnisko i wylot do Polski, samolot mieliśmy po godzinie 17:00, więc był jeszcze czas na ostatnie zakupy pierdółek na krupówkach i kupienie ciastek w Bonusie (tamtejszej Biedronce). W drodze na lotnisko pojechaliśmy w okolice słynnych wód geotermalnych i spa – Blue Lagoon, czyli wielkiego basenu z gorącą wodą na zewnątrz. Jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji turystycznych Islandii, pokazywana w każdym katalogu z wycieczkami. Niestety tym razem nie skorzystaliśmy z kąpieli w białej glince, po której to Twoja skóra jest miększa jak aksamit. Na lotnisku oddaliśmy samochód i szczęśliwie wróciliśmy samolotem do Polski.

Moje krótkie przemyślenia. Czy warto jechać na Islandię? Oczywiście, że tak. Ja po prostu patrzę z perspektywy osoby, która kilka lat temu tu była i widzi, jak wiele się zmieniło. Nie do końca mi się to podoba, ale jak wiadomo, pieniądz rządzi światem, a turystyka ten pieniądz przynosi. Samym Islandczykom też ten boom turystyczny nie bardzo odpowiada (wiadomo nie wszystkim Ci, którzy dzięki temu pracują,  są zadowoleni). W ciągu ostatnich lat liczba turystów wzrosła o kilkaset punktów procentowych w 2012 roku, przewidywano nawet 2 mln turystów w 2020 roku, natomiast liczba ta została już przekroczona w roku 2016. Widać to na każdym kroku, jeżeli w styczniu jest tyle wycieczek, aż boję się pomyśleć, jak wygląda Islandia od czerwca do września. Natomiast jest coś, czego mam nadzieję turystyka nie zepsuje, czyli natura Islandii. Obym się nie mylił. A wszystkim, którzy jeszcze nie byli na Islandii, gorąco polecam wyjazd im szybciej, tym lepiej, a tym którzy już byli radzę, by na własne oczy zobaczyli jak świat szybko się zmienia.

Mimo tego wszystkiego wyjazd uważam za udany i jedno jest pewne,  jeszcze tu wrócę! A Ciebie zorzo na pewno jeszcze znajdę.

0
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2019 Jedzie.my
Do zobaczenia na wyjeździe...