2018 _ Tajlandia-Branecki-7780

Wyjazd powoli dobiega końca, a my wszystkie dotychczasowe dni wykorzystywaliśmy do maksimum. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Zgodnie z obietnicą dziś w planach mieliśmy zwiedzanie naszej wyspy – Koh Phangan. Zanim to jednak nastąpiło, poszliśmy na olbrzymie, ale nadal śmiesznie tanie śniadanie do hotelowej restauracji. Nawet mieliśmy moment, by po nim odpocząć, bo wyjazd był dopiero o 10:30. Dziwnie się czułem mając wolny poranek, ale przyznaję, że odrobina relaksu przed zwiedzaniem ma więcej plusów niż minusów.

Punktualni i gotowi do akcji ruszyliśmy jeepami obejrzeć okolicę. Najpierw zatrzymaliśmy się przy najstarszym drzewie wyspy, liczącym około czterystu lat gigancie. Kierowcy w międzyczasie tankowali auta z charakterystycznych dla regionu butelek po whisky (napełnionych benzyną!), a przewodnik objaśniał, jak będzie wyglądał nasz dzień. Cieszyłem się, że wszystko jest tak dobrze zorganizowane, bo nie wiem jak sam odnalazłbym się na takiej wyspie.

Następnie spędziliśmy dwie godziny na przepięknej plaży! Przejrzysta woda, delikatna muzyka z pobliskich barów w tle, a do tego wszechobecne palmy. Jedynym naszym zmartwieniem były spadające kokosy, które co roku zabijają w Tajlandii więcej osób niż malaria, tygrysy i rekiny razem wzięte. Aaale bez przesady – wszystkie leżaki i hamaki są rozstawione z daleka od palm kokosowych, Tajowie są przecież oswojeni z zagrożeniem.

Po słodkich chwilach błogiego relaksu, podziwiania wyjątkowo dużych krabów, pluskania się i drinkowania przy wystawionych na plażę stolikach wyruszyliśmy do naszego następnego punktu – najpiękniejszego wodospadu wyspy! Może nie była to ogromna Niagara, ale możliwość wykąpania się w chłodnej wodzie w jeziorku pod wodospadem, skakania do wody z rozwieszonych dookoła lin, wspinania się po olbrzymich skałach niemal do źródła, a wszystko to w otoczeniu nieprzeniknionej dżungli robiło niesamowite wrażenie.

Być może kokosy są największym zabójcą w regionie, ale to raczej na myśl o zwierzętach czyhających w lesie tropikalnym ciśnienie lekko się podnosi. Dla mnie bomba!

Na dobrej zabawie czas szybko minął i ani się obejrzeliśmy, a nadeszła pora obiadu! Po drodze zahaczyliśmy o znaną w świecie, niemal poziomą palmę, na której każdy odwiedzający Koh Phangan obowiązkowo musi zrobić sobie przynajmniej jedno zdjęcie. Ja z niej prawie spadłem, ale uznajmy, że to było z wrażenia!

Kierowcy zabrali nas do polecanej przez siebie restauracji, a ja kontynuowałem moją tajską dietę, która – ku rozpaczy producentów stoperanu – do tej pory mnie nie zawiodła. Jeśli ktoś zatęsknił za europejską kuchnią, mógł zjeść sobie sznycla czy grillowanego kurczaka, ale ja dalej twierdzę, że w takim klimacie nic nie zastąpi dobrze doprawionego pad thaia.

Najedzeni i gotowi na kolejne wrażenia przenieśliśmy się na… kolejną plażę! Tym razem rozdano nam sprzęt do snorkelingu i ruszyliśmy na poszukiwanie najlepszych części rafy koralowej. Buty do wody okazały się naprawdę zbawienne, bo akurat w tamtych okolicach widzieliśmy kilka niewielkich jeżowców. Porozmawiałem z miejscowymi, dzięki czemu teraz umiem już ratować ofiary jeżowca kawałkiem limonki i butelką Changa. Nie ma to jak lokalne, złote rady.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o punkt widokowy, z którego podziwialiśmy zachodzące słońce. Potem wróciliśmy już prosto do hotelu, gdzie zajęliśmy się przygotowaniami do wieczornego poolparty.

Darmowe drinki na wejściu dla członków naszej wycieczki, świetna muzyka, światła i basen z widokiem na morze? W połączeniu z genialną atmosferą na tym wyjeździe jest to przepis na idealną imprezę. Tak też było, kilka razy wylądowałem w ubraniach w basenie, ale przyjmijmy wersję, że wszystko to było zaplanowane! Jak na razie najlepsza impreza wyjazdu, ale czeka nas jeszcze Half Moon Festival, o którym opowiem Wam jutro.

Jeszcze raz pozdrawiam z rajskiej wyspy, trzymajcie się!

0
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Jedzie.my
Do zobaczenia na wyjeździe...